Jako wielka miłośniczka książek drukowanych, oraz fascynatka literatury, mam swój własny pogląd na zjawisko digitalizacji, i o dziwo nie jest on negatywny. Wyszczególniłam dwie perspektywy, które przytoczę w dalszej części tekstu. Tymczasem chciałabym zacząć tajemniczo, więc pozwolę sobie zamieścić tu cytat z pewnej książki.

lem

Człowiek zwany Izaakiem nieznacznym skinieniem głowy zaprosił nas do środka. Wszystko przed nami zanurzone było w niebieskawym półmroku, który zaledwie pozwalał się domyślać zarysu marmurowych schodów i obecności korytarza pokrytego freskami zapełnionymi aniołami i baśniowymi stworami. Ruszyliśmy za strażnikiem owym zamkowym korytarzem i dotarliśmy do wielkiej okrągłej sali, najprawdziwszej bazyliki ciemności zwieńczonej kopułą, z której wysokości padały snopy światła. Niezmierzony labirynt korytarzyków, regałów i półek zapełnionych książkami wznosił się po niewidoczny sufit, tworząc ul pełen tuneli, schodków, platform i mostków, które pozwalały się domyślać przeogromnej biblioteki o niepojętej geometrii.  Na wpół ogłupiały spojrzałem na ojca. Uśmiechnął się i puścił do mnie oko.

– Danielu, witamy na Cmentarzu Zapomnianych Książek.

W głębi dostrzec można było z tuzin kręcących się po korytarzykach i platformach postaci. Kilka z nich odwróciło się i pozdrowiło nas z daleka. Zdołałem wówczas rozpoznać twarze kolegów ojca ze stowarzyszenia antykwariuszy.  W oczach dziesięciolatka panowie ci jawili mi się niczym tajne i spiskujące bractwo alchemików. Ojciec przyklęknął i patrząc mi prosto w oczy, przemówił łagodnym głosem, tym szczególnym głosem bardzo osobistych wyznań i przyrzeczeń.

– To miejsce, Danielu, jest tajemnicą i miejscem świętym. Każda znajdująca się tu książka, każdy tom, posiadają własną duszę. I to zarówno duszę tego, kto daną książkę napisał, jak i dusze tych, którzy tę książkę przeczytali i tak mocno ją przeżyli, że zawładnęła ich wyobraźnią.  Za każdym razem, gdy książka trafia w kolejne ręce, za każdym razem, gdy ktoś wodzi po jej stronach wzrokiem, z każdym nowym czytelnikiem jej duch odradza się i staje się coraz silniejszy. Już dawno temu, wtedy kiedy mój ojciec mnie tu przyprowadził, miejsce to miało swoje lata i było stare. Może nawet tak stare jak samo miasto. Nikt na dobrą sprawę nie wie, od kiedy to miejsce istnieje ani kto je stworzył.

Teraz powiem ci to, co powiedział mi mój ojciec. Kiedy jakaś biblioteka przestaje istnieć, kiedy jakaś księgarnia na zawsze zamyka podwoje, kiedy jakaś książka ginie w otchłani zapomnienia, ci, którzy znają to miejsce, my, strażnicy ich dusz, robimy, co w naszej mocy, aby te bezdomne książki trafiły tutaj.  Bo tutaj książki, o których nikt już nie pamięta, książki, które zagubiły się w czasie, żyją nieustającą nadzieją, iż pewnego dnia trafią do rąk nowego czytelnika, że zawładnie nimi nowy duch. W księgarni sprzedajemy i kupujemy książki, ale w rzeczywistości one nie mają właściciela. Każda, którą tu widzisz, była czyimś najlepszym przyjacielem. A teraz te książki mają tylko nas, Danielu. Potrafisz zachować ten sekret?

Jest to fragment książki Cień Wiatru autorstwa Carlosa Ruiza Zafóna. Pozycja ta opowiada o Danielu Sempere, który zaadoptował jedną z zapomnianych książek i zafascynowany jej treścią przez lata poszukiwał innych dzieł jej autora – Juliana Caraxa.

Książkę przeczytałam w minione wakacje. Polecił mi ją pewien pan, który siadywał obok mnie na ławce w parku, gdy próbowałam przebrnąć przez potężnych gabarytów podręcznik traktujący o pedagogice wczesnoszkolnej. Po tygodniu regularnego natykania się na tego pana, otrzymałam od niego płytę CD z nagranym około tysiącem książek w wersji PDF. Między innymi był tam „Cień Wiatru”. Jak słusznie można się domyślić, przeczytałam wersję PDF nigdy nie mając w ręku drukowanego, namacalnego egzemplarza. To nie był mój pierwszy raz, gdy czytałam coś wpatrując się w lśniący monitor mojego laptopa, ale tylko przy tej książce poruszyło mnie sumienie.

logowacham2Mam słabość do książek, które mogę dotknąć i powąchać. Tak! Należę do tych fetyszystów, którzy wąchają książki. Najlepszym prezentem dla mnie jest właśnie książka. Moim marzeniem jest posiadać własną biblioteczkę, którą mozolenie, ale sukcesywnie zapełniam literaturą fantastyczną i tym co warte posiadania, albo ciekawe. Cytat, który przytoczyłam, jest dla mnie perspektywą przyjmowaną przez wielkich miłośników książek. Oni tak właśnie spoglądają na tradycyjne biblioteki, mieszczące się w budynkach ze schodami, które ciągną się pomiędzy sylwetkami kamiennych lwów. Nieogarniona przestrzeń, pełna półek, regałów, szaf, drabin, pomostów, lakierowanych blatów, krzeseł, zdominowana szelestem starych kart i zapachem tuszu drukarskiego. Jest w tym zaklęty duch historii, pewnego rodzaju magia, która przenosi nas w świat tysiąca historii i teorii, gdzie zaraz po przekroczeniu progu nabywamy przezornej ostrożności i zachowujemy dyskretną ciszę. Nieomal jak w kościele.

Tylko czy tego właśnie dziś potrzebujemy? Pozwoliłam sobie wyodrębnić dwie perspektywy, które opisują mój stosunek do digitalizacji dokumentów i książek.

Perspektywa finansowa czyli…

Shut-up-and-take-my-money

„Zamknij się i bierz moje pieniądze” to cytat, który mam ochotę krzyczeć, gdy stoję przy kasie w księgarni. Okładka twarda, czy miękka, stron 200, czy 400, fantastyka czy klasyka – zawsze jest drogo i na kieszeń studenta o 20 zł za dużo. Ale nie umiem sobie odmówić tej przyjemności posiadania książki, dlatego idę raz w miesiącu do księgarni i dokonuję zamachu na swój portfel.

Czasami słyszę, że kiedyś było lepiej, bo książki były tańsze i każdy mógł sobie pozwolić na ich zakup. Wydaje mi się to nielogiczne. Wcześniej, gdy biblioteki i księgarnie cieszyły się pełnią zainteresowania, ceny były przystępne. Teraz, w czasach kryzysu czytelniczego, kiedy to dzieci wolą gry komputerowe, dorośli telewizję i internet, a czytelnie świecą pustkami, rozlega się lament nad niepopularnością książki drukowanej, a ceny jak był wysokie, tak są wysokie dalej. Myślę, że nie tylko ja nad tym ubolewam, ale jest to pośredni powód zamykania wielu bibliotek i czytelni. To samo tyczy się księgarni, a i kolejne wydawnictwa zostają rozwiązane. Kryzys? Być może. Ale skoro rynek książkowy tak bardzo odstrasza, to czemu się dziwić człowiekowi, że woli skorzystać z efektów digitalizacji? Czemu woli wpisać odpowiednie hasło w przeglądarkę Google i  cieszyć się szybką oraz tanią usługą?

Perspektywa postępu technologicznego czyli…

postepy

„Zaspokajanie potrzeb”. Kiedyś średniowieczni mnisi spędzali życie na przepisywaniu ksiąg. Potem te same, oraz nowe księgi drukowano w pocie czoła, by mogły trafić do większej ilości odbiorców. Dziś Google Books i konkurencja digitalizują te same i kolejne pozycje, by jeszcze większa ilość odbiorców mogła cieszyć się literaturą i nie tylko. Są to prawa postępu technologii, oraz nowych potrzeb ludzkości. Komputery i niemal wszędzie dostępny Internet ułatwiają dostęp do wielu źródeł informacji, tak że niekiedy nie musimy ruszać się z domu, by dokładnie zbadać interesujący nas temat. Pojawiające się w cyberprzestrzeni książki i prace to odpowiedź na nowy styl życia, który nie przewiduje dowolnej ilości czasu do poświęcenia w czytelni czy bibliotece. Tak było od zawsze. Możemy się natomiast zastanowić czy to technologia, idąc na przód, wymaga od życia dostosowania się, czy wręcz odwrotnie? Czy to nowe potrzeby ludzkości stawiają technologii wyzwania, a ta skrupulatnie stara się je zaspokoić? Bibliotekarze mogą nie być zadowoleni, ale studenci i naukowcy widzą w tym procesie dużo dobrego. Oczywiście ma to też swoje złe strony, ponieważ absolutnie nie popieram łamania praw autorskich, a do tego podobno dopuszcza się Google Books. Zasady prawne nie współgrają z postępem technologicznym, ale to temat na kolejną rozprawę, o wiele obszerniejszą.

Ja jako student korzystam z efektów zmian, które zachodzą w procesie digitalizacji. Chwalę je sobie jako student Kulturoznawstwa i chwaliłam należąc do wydziału Nauk Pedagogicznych. Obszerne zagadnienia, konieczne do opanowania i niekiedy całkowicie zajęte zajęciami dni, po prostu nie pozwalają na spędzanie czasu w bibliotece. Perspektywa powrotu do domu, zaparzenia sobie kawy, ciepłego koca i laptopa z dostępem do Internetu, o wiele bardziej mobilizuje do pracy. Przynajmniej mnie.

hp

W ramach podsumowania, chciałabym wrócić jeszcze do cytatu, który podałam na samym początku. Otóż domena książki materialnej była, jest i będzie bardzo ważnym elementem naszej globalnej kultury wielu epok. Nie zniknie dzięki fascynatom, którzy zawsze będą w książkach widzieć duszę, nie odejdzie w zapomnienie dzięki bibliotekom, które być może przerodzą się w swego rodzaju muzea. Należy wyciągnąć wnioski z wielu zjawisk powrotu do przeszłości, gdy coś co przeminęło na nowo staje się modne, użyteczne i obecne w aktualnej rzeczywistości.

Pozwoliłam sobie zatytułować ten post tytułem rozdziału książki, z którego zaczerpnęłam cytat. Pora wyjaśnić dlaczego. W Cieniu wiatru, cmentarzem zapomnianych książek nazwane jest miejsce, do którego trafiają książki z likwidowanych bibliotek i księgarni. Tutaj spotykają się najwięksi fascynaci literatury, w tajemnicy przed światem, szukając pozycji, które mogą zaadoptować, poznać nie tylko treść, ale też przesłanie, cząstkę autora, kawałek duszy. Być może powoli nadchodzi czas uznania książek artefaktami, które tylko w rękach prawdziwych wielbicieli, w pełni zostaną docenione.


Bibliografia:

  1. A. Grafton, Kodeks w kryzysie. Dematerializacja książki, „Wielogłos” 2012, nr 3, przekł. M. Choptiany.
  2. Carlos Ruiz Zafón, Cień wiatru, Wydawnictwo MUZA S.A., Warszawa 2005.
  3. Grafiki wyszukane w Google Grafika