Nie żebym obaliła jakąś wielką spiskową teorię dziejów, ale to prawda. Iron Man, czyli Tony Stark, bohater komiksów Marvela, w filmach grany przez taką sławę, jak Robert Downey Jr., NIE JEST PRAWDZIWY! Tak samo jak Kapitan Ameryka, Thor, Hawkeye czy Czarna Wdowa, albo Hulk. Zatem drużyna marzeń, Avengers, też nie istnieje. A skoro nie ma superbohaterów o nieziemskich mocach, sile i zdolnościach, to kto ratuje świat? Albo… kto powinien ratować?

Niektórzy pewnie kliknęli ten artykuł ponieważ skusił ich niesamowity Iron Man, albo piękny Robert Dawney Jr.. No cóż, filmowcy wiedzą jak sprzedać swój towar.

Robert Iron

Ciężko jest nie wzdychać do Iron Mana, albo do każdego innego superbohatera (wszak komuś może się podobać Hulk!). Są to prawdziwie przystojne, lub piękne osoby, o szlachetnych charakterach, czystych intencjach, niesamowitych mocach i niebywałej skuteczności w dziedzinie ratowania świata i ludzkości przed wrogiem, lub zagładą. Dzięki filmom, możemy spotkać ich na co dzień w kinie, albo na monitorze komputera. Już nie są zarezerwowani tylko dla maniaków komiksów, ale są dostępni dla każdego.

Odwołując się do dwóch notek blogowych wstecz: to że dziś tak chętnie oglądamy superbohaterów na srebrnych ekranach, oznacza, że zmieniły się nasze potrzeby jako widza? Siegfried Kracauer w swoich „Pannach sklepowych..” pisał, że przemysł filmowy w dużym stopniu odzwierciedla potrzeby danego społeczeństwa. Czy dzisiejsze społeczeństwo potrzebuje filmów o superbohaterach, by móc uporać się z niezaspokojoną potrzebą sprawiedliwości na świecie? A może jesteśmy tak rozrywkową kulturą, że po prostu lubimy oglądać masę efektów specjalnych w jednym miejscu? Musi być jakiś powód tego, że rocznie wychodzi kilka filmów o takim przesłaniu.

Pozwolę sobie zacytować tutaj moją mamę: „Oglądałam niedawno film dokumentalny o telefonach, które wykonywali pasażerowie czwartego samolotu uprowadzonego przez terrorystów w czasie ataków na WTC. Uderzyły mnie tam dwie rzeczy. Po pierwsze, chaos i dezorganizacja, w jakie popadła Ameryka. Ten obraz tak bardzo kłócił się z treścią większości filmów, gdzie USA reaguje błyskawicznie, eliminuje terrorystów, ratuje cywilów, a Bruce Willis wypiera się tytułu bohatera, bo on przecież nic nie zrobił. Po drugie, to co mnie najbardziej wzruszyło, bohaterem w tej tragedii nie okazał się Bruce Willis, ale pasażerowie tego samolotu. Przecież to byli zwykli cywile, którzy nagle dowiedzieli się, że ich samolot został porwany przez groźnych terrorystów, i że prawdopodobnie lecą właśnie ku śmierci, uderzyć w WTC, albo Pentagon. Znali swój los, piloci nie żyli, wielu ludzi już zginęło w miejscach zamachów, wśród nich nie było pilota (gdzie w amerykańskim filmie pewnie jakiś by się znalazł przypadkiem!), więc podjęli jedyną słuszną decyzję. Obezwładnili terrorystów i jako, że nikt nie potrafił bezpiecznie wylądować, rozbili się w miejscu, gdzie nie zginął żaden cywil, poza nimi samymi. I to jest prawdziwe bohaterstwo!”

wtc

Ciężko mojej mamie nie przyznać racji, prawda? W jednym filmie obnaża się dwie prawdy. Ameryka tylko na filmach i w orędziach jest cudownym i zaradnym krajem, a prawdziwymi bohaterami są zwykli ludzie, którzy potrafią poświęcić nawet swoje życia dla sprawy. Nie tylko o pasażerach samolotu można tutaj pisać, ale też o pracownikach WTC, którzy miast ratować samych siebie, starali się pomóc innym uwięzionym w budynkach. Przejrzałam kilka filmów na YouTube o WTC i w każdym pojawiały się chociażby wzmianki o osobach, które pomogły komuś, a same nie uratowały własnego życia, bo do końca były właśnie bohaterami. Każdy strażak, który zginął w tej katastrofie to również bohater. Nie wiem nawet, czy to nie właśnie superbohater, który posiada „supermoce”, czyli wiedzę teoretyczną i praktyczną o zagrożeniach, siłę mięśni i umiejętności pomagające mu przetrwać. Ba, ma nawet zbroję superbohatera, którą jest kombinezon ognioodporny. Domyślam się jednak, że filmy o tego typu niezwyczajnych bohaterach, nie cieszyłyby się taką popularnością, jak filmy o bohaterach Marvela. Czego dowodem poniekąd jest moje zaskoczenie, gdy w czasie szukania informacji o pasażerach czwartego samolotu, natknęłam się na wzmiankę, iż nakręcono film ekranizujący ich historię. Dla ciekawych podaje tytuł: „Lot 93”, film z 2006 roku.

Na koniec, by trochę rozweselić atmosferę, przytoczę fragment większego materiału, którzy swego czasu znalazł się na kwejku. Artykuł o Pięciu wspaniałych żołnierzach. Może nie jest to najbardziej wiarygodne źródło, ale za to niesamowicie popularne, dlatego myślę, że warto to tutaj zamieścić. Pan z numerem 3 jest dla mnie zdecydowanym faworytem i chciałabym go Wam przedstawić. Mam nadzieję, że też uznacie iż jest godny miana superbohatera swoich czasów… z przymrużeniem oka.

PanJack Churchill

Dowódca aliantów podczas IIWŚ i wielki fan surfingu. Kapitan Jack Malcolm Thorpe Fleming Churchill aka „Waleczny Jack Churchill” aka „Szalony Jack”, był z pewnością największym świrem tej cholernej wojny. Zgłosił się na ochotnika do „Commando Duty” nie wiedząc właściwie co to znaczy. Wiedział za to, że brzmi to niebezpiecznie, a to oznacza dobrą zabawę. Jest autorem wypowiedzi: „Każdy oficer, który wybiera się na akcję bez miecza, jest na tę okazję niestosownie ubrany” i w związku z tym… Churchill nosił przy sobie miecz w czasie wojny. Nie – Jack nosił przy sobie pierdolony claymore (szkocki miecz dwuręczny z XVI w.) i używał go! Jest znany z dekapitacji 42 Niemców wyłącznie przy pomocy owego miecza.

Churchill i jego załoga zostali wyznaczeni do przejęcia niemieckiej fortyfikacji nazwanej kreatywnie „Punktem 622”. Churchill przejął dowództwo nad jednostką, która poruszała się w ciemnościach pośród drutów kolczastych i min. Pomimo, iż jego załoga robiła co mogła niestety sześcioro z nich zginęło. Połowa z tych, którzy pozostali niespecjalnie potrafiła bawić się pistoletem. Ostatecznie zginęli wszyscy, którzy nie nazywali się Jack Churchill. Gdy Niemcy znaleźli Jacka grał on sobie właśnie piosenkę „Will Ye No Come Back Again?” na swoich dudach. Nie wspominałem o tym? Nosił je przez cały czas na plecach, zaraz obok swojego wielkiego miecza. Gdy wysłali go do obozu koncentracyjnego, tamtejsze atrakcje szybko go znudziły, więc postanowił opuścić ten uroczy ośrodek. Po prostu sobie wyszedł. Złapali go po raz drugi i wysłali do kolejnego obozu. Ale ten też mu się znudził. Po ucieczce przebył ponad 100 kilometrów, zanim znalazł Amerykanów, którzy podrzucili go z powrotem do Wielkiej Brytanii. Po kilku dniach stwierdził, że chce wrócić na front. Niestety, podczas podróży dowiedział się, że wojna się skończyła. Miał wtedy rzec do swoich kolegów: „Gdyby nie ci cholerni Jankesi, moglibyśmy utrzymać tę wojnę jeszcze przez kolejne 10 lat!”.


Bibliografia:

  1. Siegfried Kracauer, Panny sklepowe idą do kina (1927), [w:] tenże, Rekonfiguracje modernizmu. Nowoczesność i kultura popularna, Wydawnictwo Naukowe i Profesjonalne. (się trochę odniosłam!)
  2. Zdjęcia pochodzą z Google Grafika
  3. Artykuł na kwejku: http://kwejk.pl/obrazek/1998357/pieciu-wspanialych-zolnierzy.html