Robię rachunek sumienia i wychodzi mi niezbicie, że nie jestem gadżeciarą. Za bardzo. Nie jestem w stanie wymienić dziesięciu must have gadżetów, bez których nie wyobrażam sobie życia, o co prosiła mnie Ysia, choć przyznaję, że jest kilka rzeczy do których mam poważną słabość. Tylko czy takie niezbędne do funkcjonowania przedmioty mogą uchodzić za gadżety (które w mojej definicji są czymś, bez czego możemy się obejść, po prostu nie chcemy)?

bang

Inspektor Gadżet… miał sztuczną szczękę?

Po pierwsze – Notesy.

Przyznaję, to nieco więcej niż słabość. Mam ich nieskończenie wiele, co więcej nigdy nie mam ich dość, by nie rzucać okiem na półki w papierniczym, nie oglądać, nie gładzić okładek, nie sprawdzać gładkości papieru pod kątem przyjmowania atramentu, nie rozważać adopcji i zabranie do domu kolejnego egzemplarza. Oczywiście mam odpowiednie uzasadnienie do tej pasji – jako pisarz potrzebuję notesów, używam ich regularnie, są mi absolutnie niezbędne do robienia notatek do kolejnych powieści, notowania pomysłów, szkicowania charakterów moich bohaterów, robienia synopsisów, rozplanowywania scen, prowadzenia dziennika, wymyślania konwentowych prelekcji i zbierania do nich materiałów, brudnopisów felietonów… A jest jeszcze notes podręczny w torbie i kalendarz! A przecież nie mogę tego wszystkiego robić w jednym notesie, bo miałabym gwarantowany chaos i bałagan w papierach a tego bym po prostu nie zniosła. Mam swoje ulubione formaty (B5), objętości (nie więcej niż 120 stron), wzór (cienka linia), kolor papieru (kremowy lub ciepła biel), jego szorstkość (niewielka, by atrament nie rozpełzał się po zwichrowanych włóknach). Lubię wizyty w sklepie, w którym mogę znaleźć unikalne egzemplarze, angielskie lub włoskie, w pięknych skórzanych okładkach. Prawda jest taka, że przez kolejne dwa lata mogłabym nie kupować notesów, bo zachomikowany w domu zapas wystarczyłby mi w zupełności, ale wtedy mogłyby mi przepaść wyjątkowe, inspirujące i idealne notesy… więc nie, nie zamierzam robić sobie przerwy.

notesy

Pióra

Troszkę jak z notesami. W teorii mógłby wystarczyć jeden, może dwa. Ale to kulawa teoria. Bo jak się obejść bez takiego z zielonym, fioletowym czy czerwonym atramentem? Wybieram Parkery, bo to pióra do pisania, narzędzia do częstego i długiego używania, a nie cudaczne i często śliczne pióra do podpisywania umów przez panów prezesów. Cena nie bardzo odgrywa tu rolę, równie często używam Parkera Reflex za 35 zł jak tego Urban z limitowanej edycji za 200 zł. Ale przy całej mojej piórowej szajbie, nie kuszą mnie pióra kosztujące równowartość używanego samochodu – takiego pióra nie wrzuca się do torebki i nie używa w różnych okolicznościach.
Edit: na urodziny dostałam od małżonka pióro Kaweco i chyba zaliczam maksymalnie poważny crush – w mężu, znowu, i piórach tej firmy. Ich hasło: „license to write” idealnie oddaje podejście projektantów do tworzenia modelu Al Sport – piękne i nadzwyczaj funkcjonalne narzędzie pozwalające cieszyć się pisaniem. Popiskuję z radości pisząc te słowa. I żałuję, że piszę je na laptopie, a nie moim nowym piórem.

pioro

Kindle

Kupione pod wpływem wzburzenia emocjonalnego w czasie jednej z moich licznych wypraw PKP na drugi koniec Polski na spotkanie. 10 godzin w jedną stronę i powrót tego samego dnia, hard core, o którym nie wspomną wam zachwalając życie pisarza. Zabrałam ze sobą cztery powieści, dość obszerne i ostrożnie szacowałam, że to wystarczy. Nie przewidziałam, że nie wystarczy, jedna z powieści czytała się za szybko, druga okazała się tak strasznie zła, że dojeżdżając do Łodzi miałam za sobą dwie godziny gapienia się w okno i dobre cztery godziny jazdy przed sobą. Mając jakieś 10 minut na przesiadkę na Łodzi Kaliskiej, wyskoczyłam do kiosku w nadziei, że znajdę jakąś powieść na drogę, cokolwiek. Nie działał bankomat, a pani w kiosku stwierdziła, że nie obsługują kart, więc wytrzęsłam z portfela całą gotówkę jaką miałam, a było tego żałośnie niewiele, bo zwyczajnie nie lubię mieć przy sobie gotówki. Nie wystarczyło na żadną z powieści w popularnych wówczas seriach Polityki czy Rzeczpospolitej. Skończyłam z koszmarnymi romansidłami z koszyka z książkami z drugiej ręki. Masakra. Trauma. Upokorzenie. Bardzo złe lektury. Po powrocie do domu oświadczyłam małżowi, że kupuję kindla. Mam classica 4, już nieco wiekowego, ale wciąż wolę go od dotykowych ekranów. Zabieram go ze sobą wszędzie, nie wyobrażam sobie podróży bez spakowania go do torby. Wciąż kupuję mnóstwo książek, może więcej niż kiedykolwiek, ale obok jednej papierowej zabieram do pociągu moją Joy King (imię po pierwszym ebooku, jaki na nim przeczytałam – Joyland Kinga) i jeśli kończę czytając romans, to jest to wyłącznie mój wybór i świadoma decyzja, a nie przymus chwili. Wszelkie obawy, że to nie to samo, że bez papieru jak to, szelest, zapach i cała reszta okazały się zupełnie błahe. Bo przecież w czytaniu nie chodzi o masturbowanie się szelestem kartem i sztachanie się zapachem kleju drukarskiego, ale o historie. A z Joy historie do przeczytania po prostu się nie kończą. A nawet gdybym na bezludnej wyspie wyczerpała te kilkaset tytułów, może złapałabym dość zasięgu, by wejść na stronę księgarni 🙂

kindle

Torba

Znalezienie idealnej torby jest jak spotkanie księcia z bajki, który przygalopował pod twój balkon na białym jednorożcu dzierżąc w dłoni świętego Graala wypełnionego wodą z fontanny młodości. Co oznacza, że wciąż łudzę się, że to nastąpi. A w międzyczasie zadowalam się substytutami doskonałości i nie ustaję w poszukiwaniach. W rezultacie mam kilkanaście jeśli nie kilkadziesiąt toreb (nie mogę dokładnie policzyć, bo gdybym znała tę liczbę i została zapytana przez małża musiałabym szczerze ją wyznać, a nie podać zaniżone przybliżenia). Każda w jakimś stopniu dotyka ideału. Ale żadna, wciąż, nie realizuje wszystkich założeń. Ma być duża, ale nie za duża. Kieszonki, ale nie odstające. Lekka, ale nie szmacianka. Uniwersalna ale oryginalna. Ma pomieścić laptopa, książki, kubek termiczny na kawę, notesy, sweter, na wypadek chłodu, kosmetyczkę, a jeśli trzeba to i zmianę odzieży czy piżamę… I nie może z tym wszystkim w środku obciążać kręgosłupa. Trudna sprawa. W ostatnim czasie palemkę „ulubionej torby na ścieżce ku torbie doskonałej” dzierży pojemna, dość lekka bo z pcv torba z kolekcji Marvela. Jest śliczna i realizuje na tyle oczekiwania, że chwilowo nie szukam następnej. I tak pewnie będzie jeszcze jakiś miesiąc, może dwa.

torba

Koszulki

Nerdowskie koszulki były przez lata czymś, co widziałam w amerykańskich filmach i serialach, zazdrościłam, chciałam i tęskniłam. A potem poznałam other tees i inne sklepy internetowe i wsiąkłam. Dziś moje zbiory nie mieszczą się już w granicach rozsądku, ale nie oddałabym żadnej z nich. Zbyt wiele frajdy mam nosząc na piersiach grafiki nawiązujące do ulubionych seriali, autorów, gier czy kreskówek. Plus to ogromna oszczędność czasu. Dżinsy, nerdowska koszulka i kolorowe trampki – nie trzeba nic więcej, by było ok.

shirt

__________________________________________________________________________

Był to gościnny wpis pisarki Anety Jadowskiej, o której wspominałam na blogu już z pięć razy co najmniej. Anetę cenię jako osobę kreatywną i aktywną. Uwielbiam ludzi, którzy działają, a Aneta nie tylko pisze dużo i prześwietnie, ale też udziela się na konwentach i festiwalach, czym raduje mnie, swoich przyjaciół i oczywiście wielu fanów. Jeśli chcecie się zapoznać z jej rysem biograficznym, oraz dorobkiem twórczym to zapraszam na portal Lubimy Czytać.

Tymczasem! Już za miesiąc miejsce będzie miała premiera najnowszej książki Anety. „Ropuszki” polecam szczególnie, ponieważ jedno z opowiadań w tym tomie ma malutkie prywatne odniesienie do mojej osoby i jestem tym niesamowicie podjarana. Czytajcie uważnie, a znajdziecie!