Są takie bajki i filmy w moim życiu, które obejrzałam za dzieciaka i więcej do nich nie wróciłam. Np wiele osób zachwyca się „Królem Lwem”. Ja też obejrzałam film z kinie, dostałam książkę pod choinkę, zobaczyłam kilka odcinków serialu o Timonie i Pumbie, pokusiłam się o obejrzenie „Król Lew 2: Czas Simby” i… no i tyle. Miło wspominam do dziś. Są jednak takie produkcje, które trwają przy mnie cały czas i ciężko jest mi ocenić czy kiedykolwiek się odkleją.

Dragon Ball to taka „chińska bajka”. Anime powstałe na podstawie rysowanej mangi, czyli japońskiego komiksu. Autorem jest Akira Toriyama. Już na samym początku zaznaczę, że ja ogromnym wielbicielem Mangi i Anime nie jestem, raptem kilka sztuk przeczytałam i odrobinę więcej filmów obejrzałam. Tak samo nigdy w ręku nie miałam mangi. Za to serial telewizyjny obejrzałam dobre 3 razy (każdą serię). Oto moja przygoda z „Songiem i resztą”.

dragon-ball-super-fuji-tv

SERIAL TELEWIZYJNY

Zaczęło się od tego, że jako podstawówkowy dziecior miałam wyznaczony czas na „odpoczynek po szkole i odsapnięcie przed odrabianiem lekcji”. Jeszcze wtedy nie miałam komputera, więc zadowalałam się mało kreatywnym oglądaniem telewizji. Stacja RTL 7 satysfakcjonowała mnie w 100%, ponieważ dawała mi takie seriale, jak „Czy boisz się ciemności?”, „Rycerze Zodiaku”, „Czarodziejka z księżyca”, „Dziewczyna z komputera”, oraz… tak, „Dragon Ball”.

Początkowo nie zrobił na mnie piorunującego wrażenia. Goku był jeszcze dzieckiem, reszta nielicznych bohaterów też taka dziecinna mocno, do tego czarne charaktery mało interesujące. Seria podstawowa tylko i wyłącznie zaciekawiła mnie tematem, wprowadziła w klimat, sprawiła, że jednak oglądałam kolejne odcinki w ramach swojej wolności od szkoły.


6846_dragon_ball_z_hd_wallpapers

Gdy jednak zaczęto emitować serię Dragon Ball Z, odnalazłam wtedy sens życia. Pojawiło się mnóstwo nowych bohaterów, a w tym Vegeta, mój absolutny faworyt. Sam Goku był już dorosły, miał żonę i dziecko, reszta podobnie zaczęła się ogarniać życiowo. Może właśnie dlatego, że w tamtym okresie przeżywałam fascynację romansem (w literaturze!), tak atrakcyjna była dla mnie wizja ulubionych bohaterów na ślubnych kobiercach. Bądź co bądź, oglądałam tak zawzięcie, że moja mama przestała wołać mnie na obiad w godzinach emisji serialu (wiedziała, że nie przyjdę bo „Songo leci”), a wakacyjne malowanie płotu z dziadkiem musiało mieć obowiązkową przerwę na Dragon Balla.

13494_dragon_ball_z

Z serią GT nie było gorzej, chociaż oczywiście ta rzesza fanów, hejtujących GT nie wzięła się z… pustki. Owszem, seria była słabsza, ograniczona do trzech znanych postaci (a dwóch fajnych), opowiadała o kosmicznej podróży i szukaniu kosmicznych smoczych kul, na koniec wielka bitwa i… no właśnie. Na ostatnim odcinku płakałam jak bóbr, nie mogłam pogodzić się z tym, że to już koniec mojej przygody z Goku i resztą ekipy. Przywiązałam się do nich przez te lata. Na otarcie łez miałam emisję pierwszego odcinka pierwszej serii DB (RTL 7 puszczało po 2 odcinki dziennie i tak się złożyło, że ostatni odcinek ostatniej serii był pierwszym tego dnia, więc w ramach drugiego poszedł pierwszy odcinek pierwszej serii, którą w zasadzie kontynuowali przez kolejne lata).

dbgt

WWW i ZESZYT

Przyszła era Internetu i objawiły się przede mną strony www poświęcone DB. To był jeszcze ten płatny Internet, więc jak tylko dorywałam się do komputera to ściągałam milion grafik, tapet, rysunków, fanficków, soundtracków itp. Część drukowałam, część czytałam ślęcząc po nocy przed monitorem, a część przepisywałam lub przerysowywałam do zeszytów. Moja mama, od czasu do czasu robiąc mi porządek w pokoju, natrafiała na te zeszyty. W efekcie miałam soczyste kazania na temat marnotrawienia papieru. Z drugiej jednak strony wiedziałam, że lubi we mnie taką pasję. Sama prowadziła w dzieciństwie zeszyt o Indianach, inspirowany książkami o Winnetou.

FILM KINOWY

W międzyczasie oglądałam sobie filmy pełnometrażowe i Dragon Ball Kai (czyli taką ulepszoną wersję serii Z), aż pewnego dnia poszłam na studia (tutaj powinien zabrzmieć dźwięk marszu żałobnego, bo o ile okres ten zawsze będę mile wspominać, o tyle chyba bym już nie chciała powtarzać wszystkich swoich perypetii, potknięć i wpadek). W tym pomnym roku 2008 myślałam, że będę teraz ultra dorosła i zostawię „dziecinne fanaberie” za sobą. Pomyliłam się tak bardzo, ale nie żałuję. Zostałam dużym dzieckiem – dzisiaj już wiem, że to się nazywa „geekoza” i sporo osób na to „cierpi”. W efekcie w podskokach udałam się do kina by obejrzeć Dragonball: Ewolucja. Ja wiem, że mnóstwo fanów wymazało sobie z pamięci ten film, a mniej więcej tyle samo hejtuje scenariusz. Nie ulega jednak wątpliwości, że moje czułe na wszelkie akcenty DB serce, uradowało się ogromnie na wieść o tym filmie. Nie byłam na premierze, więc może to tłumaczy dlaczego w sali kinowej byłam ja i 3 młodych mężczyzn o łysych czaszkach. Przynajmniej nikt mi nie przeszkadzał, nie? Film był spoko, opowiadał o walce ze złym Piccolo, który chce zawładnąć światem. Oczywiście Goku go powstrzymuje i wszystko kończy się klasycznie dobrze. Najbardziej podobała mi się Bulma, fajnie wykreowano jej postać. Zdecydowanie dodała jedną gwiazdkę całokształtowi. W ogóle słyszeliście, że podobno ma być druga część tej Ewolucji?

7238954.3

FILMY FANOWSKIE

O tym w zasadzie miał być ten wpis, ale pomyślałam, że tytułem obszernego wstępu opowiem jeszcze o mojej przygodzie z serią. Zatem, żeby nie przedłużać bardziej, przejdę do rzeczy:

DragonBall Z – Saiyan Saga

Jest to pierwszy DOBRY filmik fanowski, jaki widziałam. Wywołał we mnie dreszcz emocji i rozbawienia. Uważam, że świetnie jest tutaj zagrana rola Nappy (tego łysego kozaka), taki amerykański styl. Tak samo świetnie odegrany jest sam Goku, który podchodzi do sprawy infantylnie (na samym początku). Filmik opowiada dokładnie o tym momencie w serialu, kiedy pojawia się pierwszy raz książę Vegeta, jak pisałam wcześniej – mój faworyt, ulubiona postać męska. Mam taką słabość do badassów i o! Lubisz filmy fanowskie? Obejrzyj, trzyma poziom.

Dragon Ball Z: Light of Hope (Pilot)

Czytałam, że to podobno najlepszy film fanowski o DB, jaki powstał. Obejrzałam i faktycznie, muszę przyznać, że kawał świetnej roboty. Fabułą jest fragment dzieciństwa Trunksa, syna Vegety. W serialu ta historia była tylko lekko zarysowana, opowiadana przez Trunksa z przyszłości, który cofa się do czasów akcji bohaterów i opowiada o tym co złego miało miejsce w jego wymiarze czasowym. Film to ekranizuje. Goku umarł, świat zdominowała tyrania androidów, przeżył tylko Gohan, Trunks i jego matka, Bulma. Uważam, że sylwetki androidów są po prostu genialne, zwłaszcza C17, który jest identyczny jak w serialu. Jeśli chodzi o C18 to… cóż, jest spoko i dzięki temu filmowi wiem już jak zrobić sobie jej cosplay. Polecam, oglądajcie, jest super!

Dragon Ball Z: The Fall of Men

Wisienką na torcie jest film, który pojawił się w internecie jakieś 2 tygodnie temu. Gdy patrzę na dwa poprzednie filmy, widzę, że ten w pewien sposób się z nimi łączy (taki przypadek w moim zestawieniu!). W pierwszym filmie pojawia się Vegeta (który kiedyś spłodzi Trunksa), w drugim filmie jest Trunks, którego trenuje Gohan, a który opowiada młodemu o jego dumnym i butnym ojcu – Vegecie. W trzecim oglądamy ciąg dalszy Trunksa z drugiego filmu. Jest już dorosły, Gohan nie żyje, a nowym wrogiem jest Cell, następca androidów. Gdy umiera Bulma i Trunks odsłuchuje kasetę z nagranym przesłaniem dla syna od Vegety, młody decyduje się cofnąć w czasie i uratować od śmierci Goku, który będzie w stanie ocalić Ziemię. KOCHAM TEN FILM! Uwielbiam kreację Trunksa, uwielbiam klimat tego filmu, efekty specjalne, za serce złapała mnie postać dziadka – ta sama maniera palenia papierosów, ten sam mały czarny kotek, ta sama siwizna i fragment z udziałem Goku – mistrzostwo. Oczywiście jest coś jeszcze, coś co kupiło mnie całą sto razy – VEGETA. Ten twist, gdy okazuje się, że to on jest narratorem, to klasyczne „Awwww… <3”, gdy łączę kropki i ogarniam, jak on cudownie się wypowiada o rodzinie i samym Goku, a w końcu aktor: David Doukhan jako Vegeta rozwalił mi system. Kocham go całą metaforą tej wypowiedzi. Calusieńką. Film 100/10. Uuuhuhuhu!

____

O Dragon Ball Super nie będę teraz opowiadać. Zrobię z tego osobny wpis-recenzję. Bo przecież nie ulega wątpliwości, że to aktualnie oglądam, prawda?