Zawsze podkreślam, że epickim fanem Gwiezdnych Wojen nie jestem. Odbyłam w życiu trzy maratony wszystkich epizodów i poczytałam o interesujących mnie wątkach. Nigdy jednak nie zapoznałam się z książkami z kanonu, nie oglądałam dodatkowych filmów, adaptacji, fanowskich wytworów (póki Roger mi nie pokazał kilku). Ale na Przebudzenie Mocy szłam tak podniecona i przejęta, że aż wzięłam wolne w pracy. Skończyło się na tym, że film obejrzałam dwa razy. Dzień po dniu. Jestem zakochana. Dlaczego?

Kotu zasiadł na sali kinowej. Jako początkujący social media ninja postanowił wrzucić na Instagrama kultowe logo Star Wars. Przygotował aplikację, odczekał swoje i… nie zdążył. Najpierw flesh popsuł ujęcie, a potem telefon się wyłączył i ostatecznie zdjęcie przedstawia początek tekstu wstępnego. Po wpisaniu hasztagów i opublikowaniu newsa Kotu spojrzał na srebrny ekran, a tam… napisy właśnie znikały wśród gwiazd. I tyle jeśli chodzi o przeczytanie wprowadzenia. Wstyd, hańba i żenada.

Przebudzenie Mocy

„Sentymentem wzruszona…”

Pomijając smutne wydarzenie opisane powyżej, muszę przyznać, że słuchając motywu przewodniego, patrząc na dobrze znaną czcionkę, ten sam styl wprowadzenia i pamiętną kompozycję plakatu promocyjnego, wzruszałam się nieomal do łez (nieomal bo jednak Roger wzruszył się bardziej). Osobiście uwielbiam takie symboliczne nawiązania, smaczki dla fanów i ukłony w stronę pierwszych twórców. Han Solo, księżniczka Leia, Luke, Chewbacca, androidy – zobaczyć ich ponownie to coś wspaniałego. Wszystkie pamiętne teksty i cytaty sprawiały, że uśmiechałam się pod nosem, albo rechotałam bardzo niedyskretnie. A to dlatego, że uwielbiam, gdy wraca do mnie coś z przeszłości.

Spotkałam się z dwoma frontami opinii o Przebudzeniu Mocy. Jedna strona jest zachwycona, druga zawiedziona bo „dokonała się kalka Nowej Nadziei, a w ogóle to typowym Disneyem ocieka cały film”. Szczerze pisząc, sama nie potrafię zdiagnozować kiedy film ocieka Disneyem, a kiedy nie. Może dlatego, że filmoznawstwo nie jest moim konikiem, a moje recenzje to takie osobiste wycieczki „co się podobało, a co nie”. W każdym razie, Przebudzenie Mocy traktuję jako wstęp do kolejnej trylogii, „przebudzenie Gwiezdnych Wojen po latach letargu”. Ten epizod, tak samo jak Nowa Nadzieja, zawiera mnóstwo wątków niewyjaśnionych, proszących się o kontynuację w kolejnych częściach. Zarysowuje sytuację polityczną i familijną, wskazuje niejednoznacznie na jasną i ciemną stronę mocy, delikatnie sugeruje, że widzimy tylko wierzchołek góry lodowej, jaką jest fabuła trylogii.

Należę do grona tych osób, które im więcej nawiązań widzą, tym bardziej się cieszą i wzruszają przy okazji. Dlatego Przebudzenie Mocy absolutnie mi się podobało i pewnie poszłabym jeszcze trzeci raz, ale tylko na jakieś porządne, rasowe 3D.

„To jest driod które szukam!”

BB-8 zrobił film. Był jak taki szczeniaczek, którego każdy przygarniał i brał pod opiekę. Niesamowicie ważny szczeniaczek, ale wciąż pupilek. O ile miło było zobaczyć C-3PO i pośmiać się z jego żartów, oraz pociągnęło się nosem na widok R2D2, to ten mały, okrągły, bałwankowy droid, przypadł mi wyjątkowo do serca. Internet również go pokochał i nawet najwięksi hejterzy nowego epizodu przyznają, że BB-8 nie można nic zarzucić.

Przebudzenie Mocy

Pora przygotować nowy cosplay!

Od dziecka uwielbiam bohaterki Disneya, wszystkie księżniczki, syrenki i wojowniczki. Mulan bo „jest jak szalona rzeka”, Bellę bo prawdziwa z niej książkoholiczka, Ariel bo mieszka na kolorowej rafie koralowej, Pocahontas bo… wait, stop! Nigdy jej nie wybaczę, że rzuciła  Johna Smitha! Bądź co bądź, od teraz to Rey jest moim numerem jeden. Trochę schudnę, zapuszczę jeszcze włosy, ogarnę sobie szare bandaże i heja! Będę złomiarką z Jakku – początkującym Jedi.

Bo Rey jest super! Przez chwilę bałam się, że z charakteru będzie przypominać Hana Solo, czyli pewną siebie krętaczkę. O ile taki charakter pasuje mi do męskiej postaci, o tyle do kobiecej nie (a przynajmniej nie chciałabym, żeby główna bohaterka Gwiezdnych Wojen taka była). Rey okazała się ogarniętą dziewczyną, która ma wiele talentów i jest na tyle silna, by stawić czoła Ciemnej Stronie Mocy. Fakt, że jest disneyowską dziewczyną wcale nie psuje kreacji głównej bohaterki filmu z serii Star Wars. Komponuje się świetnie!

Przebudzenie Mocy

Żarty, żartusie, żarciczki!

Finn, ex-szturmowiec, który ma powody by podkulić ogon i uciekać na rubieże, został naczelnym kawalarzem filmu. Dla mnie bomba. Z racji tego, że porządnie gorzko zapłakałam w trzech momentach i kilka razy się lekko wzruszyłam, potrzebowałam odrobiny dobrego humoru dla zachowania równowagi. Hej! Przecież o równowagę mocy rozchodzi się od samego początku Gwiezdnych Wojen! Dlatego właśnie nie zamierzam się czepiać, że główny bohater czasami rzucał sucharami, albo zdawał się nie doceniać zagrożenia.

BB-8 też wprowadzał rozluźniający klimat. Tak samo Daniel Craig (KOCHAM SCENĘ Z JEGO UDZIAŁEM!), czy Chewbacca. Najbardziej jednak zapamiętałam „zapalniczkę OK”, czyli scenę w której Finn wyjaśniał pewną rzecz droidowi i na koniec pokazał mu kciuk w geście fejsowego „lubię to”. BB-8 natychmiast zaprezentował mu podobny gest za pomocą wbudowanej funkcji zapalniczki. Dla takich momentów warto machnąć ręką, gdy ktoś ocenia „za dużo komizmu”.

Przebudzenie Mocy

#niespieboczekamnakolejnyepizod *

Spędzam Święta w domu rodzinnym. Codziennie patrzę, jak mój najmłodszy brat (lat 15) udaje, że drapaczka jest jego mieczem świetlnym. Codziennie modulujemy głosy i cytujemy teksty: „Uczniem twym Skywalker będzie”, „Help me, Obi-Wan Kenobi, you’re my only hope!”, albo klasycznie „No Luke, I am your father!”. Moja mama przewraca oczami bo uważa, że za bardzo jaramy się starymi filmami. Nie będę jej przekonywać, że Gwiezdne Wojny to nie tylko stare filmy, ale artefakt popkultury, jej ikona i jeden z symboli. Star Warsy kiedyś porwały tłumy, dziś robią to ponownie. Cieszę się, że mogę być częścią grona fanów, że mogę oglądać kolejne epizody w kinie, czekać na ciąg dalszy miast zachwycać się tylko zakończoną historią. Lubię kontynuacje i jestem podekscytowana faktem, że przede mną jeszcze przynajmniej dwie premiery.

Kto nie widział niech biegnie do kina. Moja rodzina nadrabia Przebudzenie Mocy jutro, w niedziele. Dla mnie trzeci seans w ciągu jednego tygodnia to za dużo, ale będę trzymać kciuki by moja mama też się dobrze bawiła. Bo co do brata nie mam najmniejszych wątpliwości!

*Tutaj możecie znaleźć mój tekst o nowym filmie z serii – Rogue One!

Przebudzenie Mocy