Ubiegłej nocy miałam przyjemność obejrzeć film, na którego był plan iść do kina. Bo jak się słusznie domyślaliśmy z Rogerem, będą piękne ujęcia kosmosu i planet, a wiadomo, że kosmos lepiej się ogląda na wielkim ekranie niż na telewizorze 26 cali. My jednak zasiedliśmy do tego filmu w domowym zaciszu i… bawiliśmy się bardzo miło.

Dlaczego warto obejrzeć Marsjanina?

1

  • Efekty specjalne i piękne widoki

Jak wyżej napisałam, filmy o kosmosie tym bardziej powinno się oglądać w kinie, by w pełni zobaczyć majestat scen i jakość efektów specjalnych. Skoro więc zachwycały mnie w wymiarze mojego telewizora, to w kinie pewnie byłabym wzruszona (nie do łez, ale tak no, pięknem!).

Sceny w przestrzeni kosmicznej, ujęcia pokazujące daną planetę, statki lub kosmonautów, wykonane bez zarzutu. Aż się czuło tą kosmiczną próżnię i spokój. Sceny na Marsie jeszcze lepsze. Pomijam już burzę, ale te czyste ujęcia rozpościerającej się przed Mattem Damonem Czerwonej Planety, wzgórza i kratery… ja się na tym aż tak nie znam, ale podobno brawurowo odwzorowali teren z prawdziwych zdjęć satelitarnych.

Jeśli kogoś średnio zainteresuje sama fabuła, to wykonanie filmu, obraz i dźwięk powinny dać dość satysfakcji, by nie pożałować poświęconego czasu.

  • Hollywood wydaje zdecydowanie za dużo hajsu na ratowanie Matta Damona – fabuła

Kiedy usłyszałam, że głównym wątkiem tego filmu (jak i książki, na podstawie której nakręcono produkcję) jest ratowanie kosmonauty, którego załoga przypadkiem zostawiła na Marsie i odleciała, a rolę tego kosmonauty zagra Matt Damon, parsknęłam śmiechem. Nie żeby mi to przeszkadzało, ale jakiś miesiąc wcześniej oglądałam inny film o kosmicznej przygodzie – Interstellar i tam też Matt Damon grał gościa, którego trzeba było ratować poprzez ewakuowanie go z obcej planety.

Fabuła Marsjanina jest dość prosta: Jest sobie ekspedycja, która bada planetę Mars. Fajna, zgrana załoga. Nagle rozpętuje się potężna burza, która zagraża możliwości powrotu do domu, więc pani komandor decyduje o przerwaniu misji i opuszczeniu Marsa. W trakcie ewakuacji jeden z członków załogi prawdopodobnie umiera. Ciała nie znaleziono, ale po takim wypadku miał szansę przeżyć góra minutę. Pogrążona w żałobie załoga, ewakuuje się bez Matta Damona, który…

Który budzi się po burzy i zdaje sobie sprawę, że został na Marsie SAM. Zamiast od razu się poddać, robi wszystko by przeżyć jak najdłużej. Organizuje sobie uprawne poletko i sadzi ziemniaki, prowadzi dziennik nagrywając filmy dla potomnych i jeździ na wycieczki, które okazują się poszukiwaniami sposobu na skomunikowanie się z Houston. Jednym zdaniem „nie poddaje się”.

Tymczasem NASA zauważa pewną aktywność na Marsie i w końcu zdaje sobie sprawę, że ekspedycja zostawiła na opustoszałej planecie żywego członka załogi. Zaczyna się walka z czasem i naginanie granic technologii, żeby tylko sprowadzić Matta Damona do domu żywego.

smut

  • No to podobało ci się czy nie?

Do Ridleya Scotta ma niemały szacunek. Stworzył kilka filmów, do których wciąż chętnie wracam. Muszę jednak przyznać, że nastawiałam się na więcej akcji w tym filmie. Pewnie dlatego, że przyzwyczaiłam się do kosmicznie napiętych sytuacji i walki z nieokiełznanym wszechświatem. Tymczasem Marsjanin był… spokojny. Pojawiające się informacje typu „zostało pożywienia na 231 dni”, albo „przygotowanie rakiety potrwa 14 dni”, sprawiały, że nie czekałam w napięciu, jakby Matt Damon miał nóż na gardle.

Mark Watney, bo właśnie tak nazywał się główny bohater grany przez Damona (wybaczcie, że dopiero teraz to zaznaczam, lubię myśleć, że to sam Damon jest bohaterem filmu), nie traci humoru. W sytuacjach nawet podbramkowych stara się rzucić żartem, albo błyskotliwą ripostą. To absolutnie nie sprawia, że film jest żałosny bo na siłę próbuje być śmieszny. Dla równowagi pojawiają się też sceny, gdy widać skrajnie odwrotne reakcje, czyli ogromny niepokój i strach głównego bohatera.

Kolejną rzeczą, jaka sprawia, że film odebrałam jako bardzo spokojny, to zachowanie pracowników NASA, oraz załogi statku Hermes, który ewakuował się z Marsa. Ok, w ważnych momentach szaleni naukowcy są szaleni, ale np koledzy Damona, którzy zwiedzali z nim Czerwoną Planetę, nie biją się po mordach i nie giną jeden po drugim w akcie poświęcenia dla zgubionego załoganta. Nie oznacza to, że w ogóle nic nie robią. Ich działania są w zasadzie przepiękne i warto poświęcić chwilę na kontemplację ich motywów.

THE MARTIAN

  • Reasumując…

Marsjanin to film przyjemny i ciekawy. Nie miażdży wartką akcją, która zapiera dech w piersiach, ale powoli snuje opowieść, ozdabiając ją przepięknymi widokami Marsa i kosmosu. Film bawi, wzrusza i trzyma w napięciu (wszystko w odpowiednich ilościach i dobranych momentach). Mnie osobiście kupiły wszystkie fandomowe komentarze, które nawiązywały do Iron Mana, albo Władcy Pierścieni. Miła dla oka była też obecność Boromira, czy Seana Beana (też spodziewaliście się, że zginie, albo przynajmniej straci głowę?).

Ocenę punktową dam i tak, bo to fajne. Mocne 8/10. Nie zawiodłam się oglądając i nie sądzę byście i Wy się zawiedli.

potatos-640x640

  • No proszę, a ja myślałam, że Marsianina już widzieli wszyscy, bo było o nim strasznie głośno już w okolicach przedpremierowych.
    Faktycznie, warto zobaczyć go na dużym ekranie, właśnie z powodu niesamowitych widoków, do których twórcy się bardzo przyłożyli. Nie zwróciłam uwagi na tempo, a jeśli już, odpowiadało mi ono i pasowało do opowieści. Rozciągnęli to w czasie i świetnie pokazali, że nie zawsze wszystko wychodzi (poza końcówką, tam dokonali niemozliwości, czego pewnie wszyscy się spodziewali), nie zawsze wszystko jest ciekawe, nie zawsze jest akcja i wybuchy. Można było poczuć, że on faktycznie był na Marsie długo, ale równocześnie ani przez moment mi się akcja nie dłużyła. Po wyjściu z kina, chciałam jeszcze. Całkowicie zgadzam się z Twoją oceną, można mu dać solidne 8/10.

    • Soniu, cieszę się, że mamy podobne zdanie. Film przyjemny, alternatywny dla wybuchów i kosmicznych pościgów. Oby więcej takich filmów (chociaż z drugiej strony, jak będzie takich więcej to staną się rutyną).