Nienaganny makijaż, piękne paznokcie, fryzura dystyngowana i oczywiście elegancki ubiór: spódnica, koszula, żakiet, wysoki obcas, odpowiednie dodatki… uśmiech. Nie można zapomnieć o uśmiechu i byciu absolutnie profesjonalną. Wydawanie kilkunastu tysięcy złotych na obraz przedstawiający kawałek polnej drogi pod lasem nie dla każdego jest łatwe, więc trzeba klienta przekonać, że jest to świetny pomysł. Poza tym wernisaże, wystawy i aukcje to nie bale dla Kopciuszka. Musujące wino w kryształowym kieliszku, kawior i francuskie sery nie pasują do gustu fastfoodowca… – myślałam sobie, gdy szłam na rozmowę o pracę w galerii sztuki.

Oglądając filmy w telewizji, jeśli już trafiałam na bohaterki pracujące w galeriach sztuki, to jawiły mi się jako kobiety niezwykle eleganckie, dystyngowane, o nienagannym języku. Dodać do tego ogromną wiedzę na temat historii sztuki i sztuki współczesnej, a stanie przed nami kobieta idealna – dama, wspaniała partnerka dla bogatego dżentelmena, albo biznesmena.

Przykładem takiej kobiety jest Vanessa, bohaterka serialu Daredevil, pracująca w galerii sztuki, gdzie spotyka mężczyznę swojego życia – Wilsona Fiska, głównego antagonistę serii, bogatego gangstera, który oficjalnie uchodzi za polityka i przedsiębiorcę.

Trzeba przyznać, że idealnie do siebie pasują. Zarówno pod względem społecznym, jak i charakterologicznym. Wilson jest wypaczonym psychicznie mordercą i mafioso, a Vanessa artystyczną duszą, poruszającą się w przestrzeni metafor, łatwo ulegającą manipulacji. Oglądając serial i śledząc rozwój relacji między tą dwójką, zastanawiałam się czy to nie jest tak, że kiedy Vanessa zrozumiała kim jest jej facet, to dopadł ją syndrom sztokholmski (Fisk na jej oczach zrobił rzeczy, które mnie osobiście by przeraziły i nakazały ucieczkę). Tymczasem ona została jego najbliższą osobą i powierniczką wszystkich manipulacji.

Historia Vanessy i Wilsona jest serialową opowieścią i chyba większość widzów przyjmuje z automatu, że „w realnym życiu to nie ma szans się stać”. Gdy jeszcze pomyślimy o polskiej, szarej rzeczywistości, całkiem wydaje nam się to nierealne. Ot, jeszcze jedna bajka dla dużych dziewczynek (o ile bajką można nazwać życie z gangsterem!).

Całe to dywagowanie na temat Vanessy, oraz jej związku ma na celu płynne przejście (pfff, no to mi wyszło) do pewnej refleksji, która naszła mnie w poniedziałkowe popołudnie, spędzane w moim miejscu pracy. A, że pracuję w jednej z toruńskich galerii sztuki, pewna łączność z treścią powyżej jest.

Zimno jak w psiarni bo grzejniki elektryczne i żal włączać. Ludzie za oknem albo biegną do domów się ogrzać, albo na szybkie zakupy i dopiero do domu. Jeśli już mam klienta to całe 2 minuty bo zaraz szybko ucieka w cieplejsze miejsce. Ubrałam się elegancko, ale tak by nie zamarznąć. Zimą praca w tej galerii tak wygląda. Ściany zapełnione pięknymi obrazami, biurko, laptop i widok na drzwi, które rzadko się otwierają. Budzi to we mnie dwojakie uczucia: a) mało klientów to mało sprzedanych obrazów, b) każde otwarcie drzwi to zimne powietrze dostające się do mojego skromnie ocieplanego miejsca pracy.

https://www.instagram.com/p/9_UHm0KfVp/?taken-by=czarnykotu

Z tego co zdążyłam zaobserwować, polski rynek dzieł sztuki nie jest tak piękny jak można zobaczyć w filmach i serialach. Klienci wchodzą, rozglądają się, CZASAMI rzucą jakimś komentarzem na temat ładnych kolorów, zapytają o cenę i… wychodzą. Bogacze w Polsce nie odwiedzają galerii w celu zakupu obrazu. Za to przeglądają sklepy internetowe, lub wysyłają maile do właścicieli galerii, by ci przygotowali im oferty specjalnie pod konkretne gusta. W zasadzie cała sprzedaż najdroższych obrazów sprowadza się do maili, przelewów, pakowania, zamawiania kuriera i wysyłki. Rzadko kiedy można spotkać prawdziwego wielbiciela sztuki, który spaceruje ulicą Ducha Świętego w Toruniu, celem znalezienia dzieła godnego jego ściany w salonie.

Najczęściej klientami są ludzie o dochodach raczej umiarkowanych, szukający prezentu ślubnego, albo rocznicowego dla teściów. Wpadają też dekoratorki wnętrz, chcące dopracować apartamenty, które zlecono im zaprojektować. Bywają i pracownicy większych firm „bo szef im polecił znaleźć coś na prezent dla prezesa”. Ale żeby spotkać księcia (gangstera!) z bajki w polskiej galerii sztuki?

Zatem spotkanie Wilsona Fiska w polskich realiach jest niemożliwe? Absolutnie jest! Jeśli pracuje się w dużej galerii, powiedźmy takiej warszawskiej, albo krakowskiej i organizowane są w niej wernisaże, czy wystawy, jest szansa, że bogaty dżentelmen się jednak pojawi i uwagę zwróci. Ale pracownice małych galeryjek nie powinny tracić nadziei. Historia mojej poprzedniczki na to dowodem!

art

Historia o Alicji, rzecz księciu z bajki

Zanim objęłam obowiązki pracownicy galerii, miałam swoją poprzedniczkę, której nadam tutaj umowne imię Alicja. Dziewczyna była magistrem filologii włoskiej i nie czekała aż klienci przyjdą do galerii sami. Osobiście szukała firm i osób, które byłyby zainteresowane zakupem obrazów artystów współpracujących z galerią. W końcu jej maile zainteresowały pewnego Włocha, który został stałym klientem. Oczywiście najlepiej rozmawiało mu się z Alicją, bo ta znała jego ojczysty język. W pewnym momencie pojawiły się propozycje kolacji biznesowych, w trakcie których priorytetowo omawiano kwestie doboru obrazów, negocjacje cen, a dopiero potem miła pogawędka.

Pewnego dnia Alicja otrzymała propozycję pracy w dużej, warszawskiej galerii. Warunki były doskonałe, więc przeprowadziła się bez wahania. Włoski klient, o umownym imieniu Fabio, przestał się pojawiać, gdy zabrakło Alicji. Odezwał się do niej dopiero, gdy mijał rok jej pracy w stolicy. Tym razem jasno określił, że nie w sprawie obrazów do niej dzwoni.

Kilka miesięcy później pobrali się i kupili dom pod Toruniem. Alicja póki co nie pracuje ponieważ zajmuje się swoim kilkumiesięcznym dzieckiem. Jest szczęśliwą żoną i matką.

Morał z tej opowieści płynie następujący: chociaż Polska szarobura, nadzieję na księcia z bajki zawsze należy posiadać. Tak więc Dziewczyny i drogie Panie, nie dołować się, jest nadzieja!