Martynę poznałam na Pyrkonie 2 lata temu, jako wesołą, niewiele starszą (oj no, w sumie w moim wieku!) dziewczynę, z którą można było porozmawiać o wszystkim, a zwłaszcza o konwencie. Wspólne czekanie w kolejkach na popularniejsze prelekcje, jedzenie pizzy późną nocą u Jarki w domu i ciężkie konwentowe poranki… Martynę doceniłam jako pisarkę, gdy skończyłam jej pierwszą powieść, a chwilę potem polubiłam za bycie świetną osobą. Cieszę się, że zgodziła się stworzyć dla nas poniższy tekst!

Raduchowska_Lzy8

Martyna Raduchowska – wrocławianka z urodzenia, sentymentu, wyboru i zamieszkania. Absolwentka psychologii i kryminologii (Uniwersytet Aberystwyth w Walii) oraz neurokognitywistyki (Uniwersytet w Yorku, w Północnej Anglii). Co w wolnym tłumaczeniu oznacza, że bez większego trudu dogada się zarówno z psycholem jak i kryminalistą, a jeśli trzeba, może im nawet pogmerać w neuronach. Obecnie adeptka psychologii śledczej na Uniwersytecie Humanistycznospołecznym SWPS, z zapałem zgłębiająca tajniki profilowania psychologicznego osób zaginionych oraz nieznanych sprawców zbrodni.

Autorka książek o medium Idzie Brzezińskiej (Szamanka od umarlaków, 2011 i Demon Luster, 2014) oraz cyberpunkowego kryminału Łzy Mai (2015).

Pisać zaczęła gdzieś w okolicach dwunastego roku życia, przestać natomiast – ku udręce niektórych – nie zamierza nigdy.


Dziesięciu gadżetów niezbędnych mi do prawidłowej egzystencji nijak nie wymienię, okazuje się bowiem, że żadna tam ze mnie gadżeciara, tylko w najlepszym wypadku stuknięta dziwaczka. Trudno, kiedyś i tak by się wydało, to ja już wolę sama się przyznać…

#1 Notatniki

Jeśli miałabym wymienić jedną rzecz, której jako pisarka najbardziej nienawidzę, byłoby nią irytujące, paskudnie natrętne, budzące irracjonalny lęk uczucie, że jakiś genialny pomysł bezpowrotnie wyleciał mi z głowy. Co prawda jeszcze ani razu nie zdarzyło mi się, żebym po długim i wyczerpującym procesie tentegowania w głowie nie przypomniała sobie w końcu, o jaki pomysł chodziło, to jednak nauczona doświadczeniem wolę nie ryzykować i zawsze mam przy sobie któryś z notatników. A imię ich legion.

Podczas pracy nad powieścią prym wiodą zeszyty Oxford. Format A4 pozwala na bazgranie z prawdziwym rozmachem, po gładkim, nieprzebijającym papierze bardzo przyjemnie się pisze, a wygodne szycie kartek sprawia, że zeszyt w dowolnym miejscu otwiera się całkiem na płasko i nie zamyka sam z siebie. Dla normalnego, zdrowego psychicznie człowieka byłyby to całkiem nieważne detale, ale ja mam świra na tym punkcie. Do białej gorączki doprowadzają mnie notatniki, które trzeba bez ustanku przytrzymywać, żeby się nie zatrzasnęły – nie dość, że nie da się w nich notować jedną ręką, to jeszcze nie sposób swobodnie zaglądać do zapisków, pracując na komputerze. Nic zatem dziwnego, że w oxfordzkich zeszytach zakochałam się od pierwszego wejrzenia. To w nich notuję pomysły do książki, którą akurat mam na warsztacie, opisuję bohaterów, dopracowuję wątki i motywy, wyłapuję wszelkie zgrzyty fabularne i szukam sposobów, by je wyeliminować, zbieram cały przygotowany materiał w konspekt, a potem podczas pisania powieści szczegółowo planuję każdą kolejną scenę. Krótko mówiąc: Oxford rządzi.

Oprócz tego mam osobny zeszyt do robienia luźnych notatek do przyszłych powieści (najlepsze pomysły przychodzą do głowy wtedy, gdy właśnie pracuje się nad czymś innym – za żadne skarby nie wolno pozwolić im uciec), osobny do robienia notatek z lektury (w każdej czytanej powieści znajdzie się coś, co warto mieć na uwadze podczas pisania własnej) i wreszcie osobny do notowania obserwacji i przemyśleń z życia wziętych (jak wiadomo życie pisze najlepsze scenariusze, żal z tego nie korzystać).

Poza domem zaś ratuje mnie smartfon i niezastąpiony OneNote – dostęp do notatek zapisanych w chmurze z każdego urządzenia połączonego z netem to prawdziwe wybawienie dla kogoś, kto tak jak ja raz pracuje na pececie, raz na laptopie, za chwilę znowu na tablecie czy telefonie. Dodatkowo, jak na prawdziwego paranoika przystało, mam jeszcze notatnik podręczny, który mieści mi się w portfelu razem z długopisem i który zabieram wszędzie na wypadek, gdyby padł mi telefon. A że każda elektronika w moich rękach jest wierna prawom Murphy’ego i pada zawsze, gdy jest mi absolutnie niezbędna do życia, wolę dmuchać na zimne.

Jak widać, bez notatników zginęłabym marnie. Albo zbzikowała do reszty. Albo jedno i drugie.

12722105_10153927793677878_464946806_n

#2 Kalendarze

Lubię planować, mimo że z realizacją tych planów bywa czasem różnie. Życie wielokrotnie dało mi do zrozumienia, że wie lepiej niż ja, jak zorganizować mi czas, niemniej zapisywanie konkretnych zadań na kolejne dni daje mi poczucie kontroli i bezpieczeństwa. Jako osoba nieco chaotyczna, w dodatku ze skłonnościami do angażowania się w jedną rzecz i dopieszczania jej w nieskończoność, podczas gdy inne układają się w coraz większy stosik zaległości, potrzebuję terminarza równie mocno, co notatników. Perfekcjonizm i multitasking zdecydowanie nie idą w parze, ale skrupulatnie prowadzony kalendarz jakoś ratuje sytuację. Koniecznie książkowy, koniecznie dzienny – reszta nie gra aż tak ważnej roli.

 12722156_10153927794067878_650554442_n

#3 Długopisy

Kolejny bzik Raduchowskiej. Poszukiwania długopisów idealnych zajęły mi trochę czasu, bo oczywiście życie byłoby zbyt proste, gdyby wystarczył mi tylko jeden. Jestem wzrokowcem, notatki zawsze robię naprzemiennie czarnym i niebieskim tuszem, a potem dodatkowo koduję innymi kolorami (np. fragmenty dotyczące bohatera A zaznaczam na zielono, bohatera B na czerwono, wątek X i Y odpowiednio na żółto i fioletowo itd.). Każda osoba o zdrowych zmysłach na sam widok takich zapisków dostałaby oczopląsu, ale dla mnie kolory są niezbędne do pracy. Bazgram nimi po wszystkim jak leci, tylko nie po książkach.

12755312_10153927795022878_1867681292_o

12714213_10153927795387878_783190136_n

#4 Klawiatury

Ku swej udręce należę do osób, którym bardzo trudno przyzwyczaić się do nowej klawiatury. A jak już się w końcu przyzwyczają, to potem za cholerę nie potrafią się odzwyczaić. Pod tym względem jestem wyjątkowo wybredna i nieelastyczna, dlatego awaria klawiatury czy komputera to dla mnie spory problem. Nawet, jeśli mam pod ręką sprzęt zastępczy, praca na nim – przynajmniej z początku – okropnie mnie frustruje. A potem dla odmiany frustruje mnie powrót do naprawionego urządzenia. Przykład z życia wzięty: po roku codziennego korzystania z tego samego komputera na uniwersytecie, musiałam sobie sprawić identyczną klawiaturę do nowego peceta w domu – no musiałam i już, koniec kropka. Używam tego typu do dziś (Hp, model KU-0316), ubóstwiam też klawiatury we wszystkich laptopach Samsunga. A po tym jak nowy członek naszej rodziny w postaci dwumiesięcznego szczeniaka przegryzł kabel od ukochanego hapeka mamusi, mamusia zapałała nader żarliwym uczuciem do bezprzewodowej klawiatury Microsoftu. I ma jakieś niejasne wrażenie, że z wzajemnością.

 10551957_10153927794527878_922064098_n

5# Czytnik

To była miłość od pierwszego wejrzenia, która jeszcze nie zdążyła zardzewieć, choć od naszego poznania minęło już ładnych parę lat. BeBooka Neo kupiłam na długo przed boomem na ebooki w Polsce: przebywając w owym czasie na emigracji musiałam być w miarę mobilna, żebym w razie konieczności mogła łatwo zmienić miejsce zamieszkania czy bez większych komplikacji i kosztów powrócić na ojczyzny łono. Zresztą, nawet gdybym chciała powiększyć swą ówczesną biblioteczkę, więcej książek zwyczajnie nie zmieściłoby się na moim maleńkim, chybotliwym regaliku ze złamaną nogą, ani też więcej chybotliwych regalików nie upchnęłabym w maleńkim pokoiku z przeciekającym oknem. Od tamtej pory po dziś dzień nigdzie nie ruszam się bez czytnika. Im więcej książków, tym lepiej, a najlepiej, jeśli zajmują niewiele miejsca. Howgh!

12736326_10153927795992878_1140454273_n

* Zdjęcia autorstwa Martyny Raduchowskiej (tylko długopisy zaczerpnięte z internetowych odmętów).