Pomyślicie sobie, że pewnie niczego skoro od Pyrkonu minął już ponad miesiąc, a ja wciąż nie zamieściłam tekstu, który jestem „winna” temu festiwalowi. Zaskoczę Was! Pyrkon nauczył mnie więcej o blogowaniu, niż śledzenie blogosfery uprawiane nawet od lat. Te lekcje wprowadziłam już w życie, co niebawem będzie do zaobserwowania tutaj, na blogu, ale póki co silę się na spisanie kilku obserwacji, które być może pomogą początkującemu blogerowi odnaleźć się na jego pierwszych eventach, które odwiedza jako prasa internetowa.

logo

Kitowcy z uniwersum Power Rangers zrobili prawdziwą furorę!

Pyrkon jako pierwszy event w mojej blogowej karierze ugościł mnie wejściówką medialną, która upoważniała do kilku kluczowych kwestii (zobowiązywała również, ale o tym innym razem).

– nie musiałam stać w kolejkach do akredytacji, miałam osobną kasę dla mediów i współpracy, przy której procedura szła szybko i bez problemów,

– mogłam do woli korzystać z Press Roomu, czyli ultra profesjonalnego miejsca, dostępnego dla mediów i gości, przeznaczonego do robienia sobie zdjęć na ściance, przeprowadzania wywiadów, pracy na laptopie i z telefonem (szybki news na fejsie? wysłanie zdjęć do redakcji? telefon do spóźnionego operatora?),

– identyfikator i aparat, nawet jeśli regulamin nie mówił o tym jasno, przekonywał obsługę sal i potencjalną ochronę, że jako media mogę wejść nawet do najbardziej strzeżonej sali, w której obowiązywała rezerwacja miejsc na 20 lat przed imprezą, bo przecież muszę zrobić zdjęcia do „tych moich medialnych rzeczy”.

Te trzy przywileje sprawiły, że tegoroczny Pyrkon był dla mnie zupełnie inny od poprzednich. Zwykle na konwenty i festiwale jeżdżę jako uczestnik, a od 2 lat również jako organizator, zatem albo mam absolutny luz i zero obowiązków, albo same obowiązki i tak bezpośrednio w imprezie nie uczestniczę. Rola agenta medialnego polega na łączeniu bycia uczestnikiem i organizatorem, bo z jednej strony muszę uczestniczyć w fajnych atrakcjach, a z drugiej strony muszę zorganizować sobie to uczestnictwo, by wypełnić swój plan działania. Ja taki plan działania miałam, ale nie był doskonały, a mój pierwszy medialny raz okazał się trudny. Nie wszystko jednak stracone! Stąd tytuł wpisu – Pyrkon czegoś mnie nauczył i zamierzam w przyszłości stosować się do tych lekcji.

pony

Rainbow Dash prosto z Tardis, czyli Czarny Kotu!

PRZYGOTUJ SIĘ PÓKI MOŻESZ!

Poza oczywistymi sprawami, jak przygotowanie karty pamięci do aparatu i naładowanie baterii, oraz spakowanie ładowarki, należałoby również zadbać o stały dostęp do internetu. Ja uczyniłam za dość mojemu wysłużonemu Nikonowi, ale nie przewidziałam, że internet w telefonie będzie się kłócił z festiwalem. Do dziś nie wiem dlaczego wszędzie w Poznaniu moje aplikacje śmigały jak zawsze, a na terenie Targów ładowanie jednego Snapa trwało albo godzinę, albo w ogóle było niemożliwe. Z tego wynikła moja porażka. Bardzo chciałam aktywnie relacjonować Pyrkon w mediach społecznościowych, ale zwyczajnie się nie dało.

Dobrze jest wiedzieć gdzie i po co chce się iść. Gdybym była blogerem książkowym – okupowałabym blok literacki, gdybym pisała o grach i technologiach – siedziałabym w strefie gier i technologii. Jako geek bloger, który interesuje się wszystkim po trochu, powinnam być wszędzie i to jednocześnie! Tak się nie da, więc żeby uniknąć dezorganizacji i kolejnej porażki, należałoby mieć wcześniej przestudiowany program atrakcji i ułożony własny grafik (gdzie powinnam być i co jest moim priorytetem). Oczywiście ja ograniczyłam się do poczytania o atrakcjach i ściągnięcia aplikacji na telefon, która pomagała mi nawigując co, gdzie i jak. Błąd. W rezultacie byłam wszędzie i nigdzie.

NIE WSTYDŹ SIĘ!

Zwykle jest tak, że jeśli konwentu nie organizuję, to gości i inne sławy spotykam albo przypadkiem, albo konkretnie na prelekcjach autorskich owych osób. Tegoroczny Pyrkon umożliwił mi przebywanie w Press Roomie, miejscu idealnym, w którym był spot pro steampunkowej kawiarni, robiącej mi tyle kawy ile tylko chciałam (była w „cenie” mojej akredytacji, tyle wygrać!). Tutaj właśnie natknęłam się na Pawła Opydo, Maćka Dąbrowskiego, Sylwestra Wardęgę, Tomka Bagińskiego (wiem, prawie sami celebryci YouTuba, ale akurat tak trafiłam) i co? Albo pędziłam właśnie na jakąś galę, albo sączyłam kawę w ciemnym kącie totalnie zmęczona i z rozładowanym telefonem (okupowałam jedno z gniazdek), albo dany celebryta już rozmawiał z małym tłumem interesantów, a ja się zwyczajnie WSTYDZIŁAM podejść. Nope, nie należy się wstydzić. Trzeba się uśmiechać, prosić o „kilka słów komentarza”, wspólne zdjęcia i obsypywać wizytówkami. Ja oczywiście wizytówki wzięłam, ale nie zawsze o tym pamiętałam, taki kolejny fail. Masz kartonik ze swoim logo? Rozdaj. Jeśli nie wywalczysz swoich 2 minut ze sławą i nie będziesz miał fantów w postaci selfie, czy podpisanego identa, to będzie ci bardzo smutno przy oglądaniu internetów kolejnego dnia (inni się pochwalą WSZYSTKIM co zdobyli).

gate

Nasz Dream Team, bez którego nie byłoby tak świetnie!

„MUSICIE BYĆ JAK SZALONA RZEKA!”

„Jak tajfun, który obali mur, a równocześnie tak tajemniczy, jak księżyc co wygląda tu zza chmur!” Gdy kapitan Shang z filmu Mulan śpiewał to swojemu oddziałowi, uczył go wytrwałości, sprytu, myślenia i w ogóle skuteczności w walce. Z rejestrowaniem eventu jest tak samo. Trzeba:

– być wszędzie tam gdzie warto (zdolność teleportacji wiele ułatwia),

– sprytnie zrobić zdjęcie w odpowiednim momencie (dar przewidywania przyszłości mocno pomaga, nie trzeba liczyć na fart),

– przetrwać 3 dni od początku do końca, by niczego nie przegapić (odpowiednie mikstury ratują i życie i zdrowie),

– być przebojowym i interesującym, by spotkanych ludzi skłonić do współpracy (kilka uroków, albo chociaż łapówka?),

– dobrze się bawić, bo przecież nie samą pracą się żyje (alkohol albo zaklęcia rozweselające, ewentualnie endorfiny dożylnie!).


Pyrkon był ogromną imprezą, która trochę przytłaczała tłumem uczestników, ale to nie był specjalny minus. Przetrwałam, bawiłam się świetnie i wróciłam zmęczona, acz zadowolona. Dziś wiem, że mogłam się lepiej przygotować, lepiej pracować w trakcie i wyciągnąć z Festiwalu o wiele więcej. Był to jednak mój pierwszy event, na którym występowałam jako media (głęboka woda!) i za to docenienie, oraz szansę na spróbowanie swoich sił dziękuję serdecznie Jarce Torckiej, Koordynatorce Pionu Promocji i Mediów, oraz całej jej ekipie, którą w Press Roomie spotykałam regularnie. Obiecuję, że jeśli dożyję do Pyrkonu 2017, będę przygotowana na maxa i nic mnie nie zaskoczy (negatywnie! bo pozytywnie jestem zaskakiwana co roku!).