O doktorze! Jak ja uwielbiam czarodziejskie tematy. Chociaż grając w RPG bezpieczniej czuję się jako postać walcząca wręcz, która nie musi pamiętać wszystkich zaklęć i skomplikowanych procedur ich rzucania, to podziwiam ludzi wcielających się w maga czy czarodzieja. Z drugiej strony może jestem po prostu efekciarzem i jak się świeci i błyska to ja jestem już kupiona? Tymczasem Marvel zaserwował mi taki film, że czapki z głów, a peleryny z ramion! Doktor Strange najlepszy! Idźcie i oglądajcie!

Fabuła palce lizać!

Dawno już nie byłam na filmie o superbohaterach z którego wyszłabym absolutnie w pełni zadowolona i podekscytowana. Jasne, podobają mi się te wszystkie Ameryki, Iron Many, Hulki, a nawet napiszę, że Batmany vs Supermany są ok. Ale przysłowiowego tyłka nic mi ostatnio nie urwało, więc i na Doktora szłam bez większych oczekiwań i wymagań. Tymczasem dostałam fantastyczną opowieść o całkiem nowej postaci w filmowym uniwersum, ze świetną genezą, zabawnymi żartami i fajnymi postaciami. Jest to chyba produkcja najmniej Marvel Style (rozumiem przez to mnóstwo wątków z innych filmów + od zatrzęsienia superbohaterów), która pokazała mi coś nowego, coś czego nie znałam. A nie znałam pewnie dlatego, że komiksów nie czytam, newsów nie wyszukuję, po prostu chodzę do kina i oceniam to co widzę. Zobaczyłam zaś epickiego czarodzieja władającego kilkoma szkołami magii, mającego za główną broń i siłę tylko umysł, którym dosłownie wymiata. No i mamy odpowiedź dlaczego grając sesje RPG nie wybieram maga – bo żeby przeżyć kampanię trzeba być sprytnym i inteligentnym, a ja za szybko popadam w panikę. Za to doktor Stephen Strange okazał się imponującym czarodziejem, błyskotliwym umysłem i w ogóle szacunek.

Doktor Strange

Dla tych, którzy pozostają laikami do samego dnia seansu, wspomnę słowem o tym co dzieje się na ekranie. Otóż wybitny doktor medycyny, posiadający ogromną wiedzę i perfekcyjne dłonie pozwalające mu operować najbardziej wymagające mózgi, ulega strasznemu wypadkowi. Jego narzędzie pracy, niezastąpione ręce, trzęsą się, drżą i w ogóle pozostawiają wiele do życzenia. Doktor Strange postanawia się nie poddawać i chwyta się każdej szansy, która wróży powrót do pełnej sprawności. Udaje się nawet do obcego kraju, do bandy jakichś mnichów potrafiących uzdrowić całkowicie sparaliżowanego człowieka. Oczywiście mnisi okazują się czarodziejami, którzy jak Avengersi strzegą świata, ale przed z goła innymi zagrożeniami. Czy doktor Stephen Strange zostanie czarodziejem?

Obsada jak malowana!

W jednej z recenzji, które czytałam przed moim seansem, nazwano główną obsadę filmu Doktor Strange „aktorami wyglądającymi jakby przybyli z kosmosu”. Totalnie jest w tym ogrom racji! Kiedy pierwszy raz zobaczyłam Benedicta Cumberbatcha pomyślałam, że ma bardzo dziwną twarz, a mama koleżanki zarzuciła mu nawet jakąś niepełnosprawność. Oglądając pierwszy odcinek Hannibala z Madsem Mikkelsenem uznałam, że bardziej brzydkiej i niepokojącej facjaty dawno nie zaobserwowałam. Podobno nie było to tylko moje pierwsze wrażenie. Natomiast Tilda Swinton w każdym kolejnym filmie wygląda dziwniej, a tutaj wyjątkowo przystępnie nawet wypadła, chociaż goła czaszka robiła efekt. I właśnie te trzy elektryzujące osoby sprawiły, że aktorsko Doktor Strange był absolutnie bezbłędny.

Doktor Strange

Efekty, że klękajcie narody!

Ocena efektów specjalnych w filmie Doktor Strange musi być wysoka, bo są ku temu epickie powody. To nie jest film o superbohaterze, który potrafi latać i spuszczać porządne lanie. Tutaj potrzeba z goła innych efektów. Strange posługuje się magią – czaruje, rzuca zaklęcia, bawi się mocą. A moc wygląda kolorowo, efektownie i spektakularnie. Jest jak fajerwerki w noc sylwestrową, patrzysz i podziwiasz. Rozbłyski energii i mieniące się portale w filmie były prześwietne, ale te kalejdoskopy miejskich zabudowań powalały na kolana. Wszystko się porusza jak w idealnym mechanizmie, labirynty ulic i okien… wow! Uwielbiam coś takiego o wiele bardziej niż walące się budynki, pościgi helikopterem, czy podniebną walkę dwóch wojowników w rajtuzach.

Na szczególne pochwalne hymny zasługuje oczywiście peleryna doktora, która była komicznym elementem filmu oraz Dormammu, straszliwa istota chcąca pochłonąć świat, główny antagonista i przeciwnik Doktora. O ile peleryna nie była pewnie tak wymagającym efektem specjalnym, o tyle Dormammu i jego déjà vu to już poezja. Podobno twarzą tej istoty chaosu poza czasem był Benedict Cumberbatch, który po Smaugu ma już doświadczenie w efektach motion capture. Na moje oko było tak samo świetnie i na plus. Piękne oczy miał nasz villain.

Doktor Strange

Moi mili, idźcie i oglądajcie bowiem film jest świetny! Mnie nie tylko zachwycił obraz sam w sobie, ale też bardzo zainspirował. Obecnie tworzę i opracowuję kampanię RPGową dla pewnej gildii magów, której chciałabym przekazać klimat tego filmu. Obym okazała się dość kreatywna i oryginalna, by faktycznie tylko się sugerować efektami i rozwiązaniami, ale nie kopiować. Tymczasem Was raz jeszcze gorąco zachęcam do obejrzenia produkcji Doktor Strange!