Czytanie klasycznych recenzji trochę mnie nudzi. Zdecydowanie wolę osobisty sąd nad danym dziełem, bo bardziej ufam emocjom niż próbom bycia profesjonalnym krytykiem. Wiem jednak, że nie zawsze potrafię taki osąd ująć ciekawie i intrygująco. Dlatego umieściłam tu niedawno tekst Rogera o filmie Assassin’s Creed, a dziś prezentuję dzieło Shina, który jest moim osobistym specjalistą jeśli chodzi o dzieła kultury dalekiego wschodu. Ghost In The Shell bardzo mi się podobał, ale nie napiszę więcej niż właśnie to. Za to Shin zabierze was w ciekawą podróż do wnętrza pancerza. Oczywiście w poszukiwaniu duszy!


JA I GITS, GITS I JA

Ghost in Shell był jednym z anime, od których rozpocząłem swoje „poważne” oglądanie japońskiej animacji. Dla mnie, jako 17-letniego wówczas chłopaka, pierwszy film był niezwykłym przeżyciem. Oshii Mamoru stworzył na podstawie mangi Shirowa Masamune niesamowicie klimatyczny film, który przykuwał moja uwagę przez pełne 80 minut, pomimo tego, że w tamtym okresie w ogóle nie zastanawiałem się nad problemami, które ten film poruszał. Z kolei druga część, Innocence, była spektaklem, który przez swoją stronę wizualną na lata zostanie w mojej pamięci. Od tamtego czasu obejrzałem prawie wszystko spod szyldu GitSa. I choć nigdy ani kinówki, ani seriale Stand Alone Complex (S.A.C.) nie należały do mojego ścisłego topu ulubionych anime, to cały franchise zajmuje szczególne miejsce w moim sercu. Tak samo jak major Kusanagi Motoko, która jest jedną z moich ulubionych popkulturowych bohaterek. To wszystko sprawia, że koło amerykańskiej aktorskiej wersji nie mogę przejść obojętnie i muszę dorzucić swoje trzy grosze na ten temat.

LIVE ACTION – BO CO MOŻE PÓJŚĆ NIE TAK

Historia zna lepsze i gorsze przypadki aktorskich adaptacji mang i anime. Właściwe podejście i poprowadzenie fabuły dają dobre efekty w postaci np. koreańskiego Oldboya czy Rurouni Kenshina, a ignorancja i partactwo prowadzi do spektakularnych klap pokroju Dragonball Evolution. Dlatego informację o produkcji aktorskiego Ghost in the Shell przyjąłem ze spokojem. Przynajmniej do czasu zwiastunów nie zamierzałem się nastawiać ani negatywnie (bo i po co), ani pozytywnie (bo jednak doświadczenie na to nie pozwalało). Ostatecznie na salę kinową wchodziłem z takim samym nastawieniem jak większość Japończyków – niczego nie oczekiwałem po tym filmie. Po seansie (podczas którego mój wewnętrzny fanboy chciał parę razy wyjść) stwierdziłem jedno. To byłby naprawdę fajny film. Gdyby tylko nie nazywał się Ghost in the Shell.

Ghost In The Shell

EASTER EGG NA EASTER EGGU, EASTER EGGIEM POPYCHANY

Parę miesięcy temu przeczytałem artykuł, który zawierał pierwsze informacje nt. fabuły filmu. Aktorski GitS nie miał dotyczyć ani Puppet Mastera (tak jak pierwszy film), ani Laughing Mana (tak jak pierwszy sezon S.A.C.). Miała to być oryginalna historia inspirowana wątkiem związanym z Kuze Hideo z drugiego sezonu S.A.C. Zdziwiło mnie odrzucenie zwłaszcza Puppet Mastera, ponieważ pierwszy GitS jest bardzo dobrze skonstruowany fabularnie i jego adaptacja nie byłaby zbyt trudna. Z drugiej strony trochę rozumiałem twórców, którzy woleli stworzyć coś własnego, a nie iść na łatwiznę i wiernie kopiować oryginał. W kinie okazało się, że nie byłem przygotowany na to, co wymyślili. Jedną z rzeczy, które najbardziej lubię w GitSie, jest to, że zawsze stawia on jakieś pytania. Dotyczą one rozwoju technologii, miejsca człowieka w rozwiniętym technologicznie świecie albo poruszają kwestię indywidualności człowieka i zachowania jego tożsamości. O ile przewidywałem, że film nie będzie się skupiał na tych kwestiach w tak dużym stopniu jak oryginał, o tyle byłem całkowicie zaskoczony praktycznie pominięciem ich. Fabuła została uproszczona i spłycona do granic możliwości.

Do tego dochodzi kwestia jej poprowadzenia. Jako fan filmów Marvela uwielbiam, gdy reżyser umieszcza w nich Easter eggi – różnego rodzaju odniesienia do komiksów i nie tylko. Jest to puszczenie oka do hardcorowych fanów, a także swego rodzaju hołd składany pierwowzorowi. W przypadku GitSa już po zwiastunach było widać, że dostaniemy charakterystyczne sceny skakania Major z dachu budynku, walki na wodzie w kamuflażu optycznym i atak robogejsz. Napawało mnie to optymizmem, zaczynałem mieć nadzieję na przyzwoitą adaptację. Jednak twórcy mieli inne plany. Szkielet fabuły jest prawie taki sam jak w pierwszym filmie z 1995 roku. Do niego doczepiane są sceny i motywy z różnych części franchise’u, które połączone ze sobą (czasami totalnie bez sensu) sprawiają, że miejscami film sprawia wrażenie niedopasowanych i powciskanych na siłę puzzli. Jako przykład posłużyć może robogejsza, która wypowiada do Major słowa „pomóż mi”. Jest to odniesienie do Innocence, gdzie w początkowej scenie seksdroid prosi Batou o pomoc, co staje się punktem wyjściowym całej fabuły drugiego filmu. W aktorskiej wersji te słowa nie mają kompletnie sensu, bo później nikt nigdzie się do nich już nie odnosi. Takich przykładów jest więcej, ale wymienianie wszystkich i analizowanie zajęłoby za dużo miejsca, więc sobie daruję. Po stronie wyjątkowo dobrych odniesień zapisać trzeba początkową sekwencję tworzenia cybernetycznego ciała, w której zachowano utwór Making of a Cyborg autorstwa Kawai Kenjiego, twórcy ścieżki dźwiękowej do oryginalnego GitSa, oraz wyżej wymienione sceny znane już ze zwiastunów. Nie były może idealne, ale nie będę tu już tak bardzo drobiazgowy.

OSKARŻENIA O WHITEWASHING OZNAKĄ BRAKU ELEMENTARNEJ WIEDZY NT. BOHATERKI

Decyzja o powierzeniu Scarlett Johansson roli Major wzbudziła powszechne oburzenie w internecie. Pod adresem twórców zewsząd leciały oskarżenia o wybielenie głównej bohaterki, czyli właśnie o ten słynny whitewashing. Dla mnie ta cała dyskusja była niezwykle śmieszna. I wcale nie dlatego, że Scarlett jest moja ulubioną aktorką (tak, wiem, że dysponuje zestawem tylko trzech min, to nic nie zmienia, i tak ją lubię). Otóż w żadnej części Ghost in the Shell nie jest powiedziane, że Major jest Japonką, ani że jej cyberciało wygląda japońsko. Jest również powiedziane, że imię pod którym jest znana – Kusanagi Motoko – nie jest jej prawdziwym imieniem, a sama nie pamięta jak naprawdę się nazywała. Ktoś, kto uparcie wykrzykuje „Whitewashing!”, po prostu nie zna dobrze materiału źródłowego. Co nie oznacza oczywiście, że postać grana przez ScarJo jest plusem tego filmu. Jest źle napisana, co sprawia, że to wcale nie jest Major. Zamiast silnej, stanowczej dowódczyni oddziału specjalnego dostałem zagubioną, marudną kluchę, która w przeciwieństwie do pierwowzoru nie potrafi nawet dobrze zhakować cybermózgu robogejszy (zrobiłem głośny facepalm na tej scenie). W sumie to nawet podziwiam Scarlett za tę rolę, bo ja nie wyobrażam sobie chodzenia przez cały film jakbym połknął kij od szczotki ani ciągłego trzymania zmarszczonych brwi. W drugiej części filmu twórcy, tak jakby w odpowiedzi na powyższe zarzuty, próbują wytłumaczyć fabularnie casting Johansson. Było to nawet pomysłowe, ale mimo wszystko słabe.

Ghost In The Shell

Poza Major jedynymi relewantnymi postaciami w tym filmie są Batou i Aramaki. Choć Batou nie jest tu znanym z oryginału cyborgiem, to bardzo dobrze spełnia swoją rolę jako sidekick i przyjaciel Major. Dobrze też, że w połowie filmu twórcy postanowili zainstalować mu jego charakterystyczne cybernetyczne oczy, których brakowało mi od samego początku. Z kolei Aramaki jest zdecydowanie najlepszym punktem tego filmu. Kitano Takeshi w pewien sposób stwarza tę postać na nowo. Nie jest to tak dostojny i sędziwy zwierzchnik Sekcji 9, którego znamy zwłaszcza z serialu S.A.C. Aramaki w wydaniu Kitano jest o wiele bardziej tajemniczy, a kiedy w końcu wstaje z fotelu i rusza do akcji to pozostawia po sobie niezwykłe wrażenie. Ta postać przypominała mi trochę ślepego samuraja z filmu Zatoichi, którego również grał Kitano.

Kuze jako postać w tym filmie wypada blado. Modyfikacja jego wątku z drugiego sezonu S.A.C. kończy się dosyć tandetnie wyglądającym wątkiem miłosnym, całkowicie niepotrzebnym w GitSie. Poza tym jego rola jest tak bliźniaczo podobna do Puppet Mastera z pierwszego filmu, że chyba na lepsze wyszłoby po prostu wierne adaptowanie pierwowzoru.

Co do reszty postaci to, pomijając ich nieważność, kłuły mnie dwie sprawy. Togusa we wszystkich częściach anime jest ważną postacią. Głównie dlatego, że jako jedyny w Sekcji 9 (z wyłączeniem Aramakiego) nie posiada żadnych ulepszeń w swoim ciele, oprócz cybermózgu. Jest to ważne z punktu widzenia pytań, które franchise stara się stawiać widzowi – jego obecność i punkt widzenia stanowi przeciwwagę dla w pełni zcybernetyzowanych Major i Batou. Drugą kwestią jest dodanie na siłę oryginalnej dla filmu czarnoskórej członkini oddziału, Ladriyi. Gdyby faktycznie jej obecność czemuś służyła to byłoby to w pełni usprawiedliwione, ale że jest równie nieistotna co Togusa czy Ishikawa, to nie jest to nic innego jak forsowanie poprawności politycznej.

Kwestią do której nie mogę się za bardzo przyczepić jest strona graficzna i efekty specjalne użyte w filmie. Wizualnie całość stoi na dobrym poziomie, który sprawia, że z łatwością można się wczuć w futurystyczny klimat. Osobiście raził mnie jeden szczegół, a mianowicie wszechobecne gigantyczne hologramy w całym mieście. I nie chodzi mi tu w ogóle o fakt, że w pierwowzorze nie było niczego takiego. Odnoszę po prostu wrażenie, że gdy Amerykanie robią film, którego akcja dzieje się w przyszłości muszą zaspamić miejsce akcji hurtowymi ilościami hologramów.

Ghost In The Shell

CO OSTATECZNIE SZEPCZE MI MÓJ DUCH

Patrzę na aktorskiego Ghost in the Shell głównie jako zagorzały fan całego franchise’u. Pod tym kątem film wypada stosunkowo słabo. Równocześnie stara się czerpać z oryginału i być czymś innym, co w efekcie doprowa do spłycenia fabuły, odejścia od kwestii poruszanych w oryginale i wystąpienia masy tandetnych klisz. Bardziej niż adaptacją nazwałbym ten film zainspirowanym pierwszym Ghost in the Shell.

Wcześniej napisałem, że byłby to fajny film, gdyby nie nazywał się Ghost in the Shell. Jednak gdy staram się spojrzeć na niego z drugiej strony, z pozycji zwykłego widza, to nie wypada on aż tak źle. Fabuła, choć słabej jakości, była spójna i w miarę logiczna, a z kolei strona wizualna z pewnością cieszyła oko. Pozwólcie więc, że lekko zmodyfikuje moje zdanie – był to nawet fajny film dla nie-fana.

Mam tylko nadzieję, że nie wpadnie im do głowy robić sequelu.